czwartek, 13 grudnia 2018

Anioły

Kiedy Bóg Syna zesłał
na ziemskie padoły,
chciał mu zapewnić miłości dostatek,
postawił przy nim prawdziwe anioły –
ufnego mężczyznę
i najczulszą z matek.

Kiedy Bóg dziecko daje
rodzinie, co czeka
ogromem miłości przepełniona cała,
w anielską naturę matkę przyobleka,
by nad życia cudem
roztropnie czuwała.

Kiedy Bóg ofiaruje
ludziom skaleczonym
małego aniołka, co jest życia iskrą,
archaniołów armia, powinna go bronić,
a płacze poruszona
nad jego kołyską.

Aniołowie Drodzy,
gdziekolwiek mieszkacie,
kiedykolwiek z Bogiem czynicie rozmowy
delikatne Panu  sugestie dawajcie,
by najmniejszych na Ziemi
Najsilniejszy chronił.

Święta bez Niej

Ręką Twoją obrus haftowany...
jest przedmiot, lecz Ciebie nie ma.
I tyle potraw przygotowanych,
lecz brak dostawy do nieba.

Dzieci nam rosną, zdrowo, szczęśliwie,
choć im tęsknota doskwiera.
A ja się uczę bez Ciebie życia,
lecz sensu życia już nie mam.

Kochana, Miła, Droga – Najdroższa!
(tych słów ci brakowało)
Nieludzko tęsknię, kocham ogromnie...
gdy żyłaś – dużo za mało.

Błagam Cię, usiądź z nami do stołu,
daj się raz jeszcze poczuć.
Możesz być duchem, zjawą lub marą,
byle widzialną dla oczu.

Daj się zobaczyć, pozwól przypomnieć –
Twój głos niech w uszach zabrzmi
piękną kolędą, Aniele Drogi,
przyjdź dzisiaj. Stań u mych drzwi!

Do Anioła


Skrzydlaty świadku Cudu Narodzin,
Aniele biały!
Weź pod swe skrzydła matki-sieroty,
bezdzietne pary.


Przytul przy stole bez ojca matki
płaczące dzieci,
dla których gwiazda ta betlejemska
dzisiaj nie świeci.


Wspomnij, gdzie trzeba, o babci starej,
co je samotnie.
Niech ktoś zapuka w okienko małe,
choć ręką machnie.


Skrzydło wyciągnij, pomóż jak trzeba
tym bardzo słabym,
którzy Wigilię już rozpoczęli
w monopolowym.


Ludziom bogatym, co ciągle biedni,
przywal po sercu.
Niechaj poczują miłość bliżniego
radosne scherzo.


Aniele biały – boski posłańcu!
Aniele Stróżu!
Oczy nam otwórz! Uszy odetkaj!
Czekamy Cudu!

Aniołek


prószył biały śnieżek, przykrył cały świat
gwiazda zapłonęła, anioł z nieba spadł

potłukł się niebożę, otworzył powiekę
zdziwił się, że może w końcu być człowiekiem


prosił Boga bardzo, że nie chce być  stróżem
jest zmęczony naturą, której nie rozumie


zaszumiało w niebie, głosy się podniosły
każdy chce na ziemię, nudne są wieczności


„nikogo nie trzymam, macie wolną wolę
każdy może zostać upadłym aniołem”

prószył biały śnieżek, przykrył cały świat
gwiazda zapłonęła, anioł z nieba spadł


małe lepkie rączki łapią aniołeczka,
„jaka śliczna złota świąteczna laleczka!”

Kolęda bezdomnego


Samotny bardzo, zimny do szpiku
smakuje wódką, łzami
jedyny w roku świąteczny wieczór
rozbrzmiewa kolędami.

Słychać je wszędzie, z głośników płyną
jak słodka kołysanka,
lecz nie utulą w parkach siedzących
i czekających ranka.

Niebo nie dla nich, nie wierzą w cuda –
żaden się im nie zdarzył.
„Bóg miłosierny, jeśli istnieje
to mieszka między nami:

w kubku gorącym, w uśmiechu szczerym
w nieodwróconym wzroku.
Jeśli istnieje siedzi tu z nami
każdego dnia w całym roku.”

Są tacy ludzie litością wzięci,
co poratują chlebem,
grosza nie dadzą – alkohol cuchnie,
lecz pocieszają niebem.

Puch śnieżnobiały co przypomina
rodziców i dzieciństwo,
przykrywa ławkę, siedzących na niej
pijących za ubóstwo.

Poranek przyjdzie z mrozem i wiatrem –
odpłyną w swe życzenia:
sytości, ciepła i rodzinnego
Bożego Narodzenia.

wtorek, 11 grudnia 2018

Obsoleta - część druga

-13- 
Jesteśmy ze sobą już kilkanaście lat. Czasem żartowałam, że chińskie znaki zodiaku świetnie opisują nasz związek, bo według chińskiego horoskopu on jest koniem, a ja małpą. Łatwo sobie wyobrazić, co małpa wyczynia, siedząc na koniu i co koń w związku z tym znosić musi. Również niewiele trudniej wyobrazić sobie, co małpa musi zrobić, aby na konia wsiąść i jak może to być niebezpieczne. Oto my.
Wiele przeżyliśmy jako para – były wzloty i upadki, momenty euforii i kryzysy. Zwłaszcza jeden duży, który prawie nas rozbił. Rozmawialiśmy wtedy kilkakrotnie o rozwodzie. Udało nam się przetrwać dzięki modlitwie medytacyjnej (tak to wówczas określałam). Misz-masz chrześcijańsko-buddyjski. To był taki czas w naszym życiu, gdy powiedzieliśmy Kościołowi Katolickiemu: dzięki, ale rezygnujemy. Wkurzało nas wszystko. Raz po raz rozdrażnieni wychodziliśmy z kościoła, by w końcu przestać tam chodzić. 
Do modlitwy zainspirowała mnie koleżanka opowiadająca o niezwykłych przemianach, jakie dokonywały się w jej życiu poprzez modlitwę na różańcu. Nigdy nie modliłam się formułkami. Wydawały mi się śmieszne. Nie mogłam pojąć, jak można w ogóle przypuszczać, że Wspaniały, Wszechwiedzący, Wszechmocny, Wieczny i w ogóle Naj! potrzebuje modlitwy wyglądającej jak podanie petenta w urzędzie, to znaczy na odpowiednim formularzu. Nie. Po prostu nie. Wszystko we mnie buntowało się przeciw Zdrowaś Mario mówionemu dziesięć razy. I wtedy koleżanka powiedziała mi, że ona traktuje różaniec jak medytację, bo ciągłe szeptanie tej samej formułki uwalnia od rozmyślań o problemach. Po prostu zostawia je Bogu. W czasie, gdy jej usta szepczą Zdrowaś Mario ona rozmyśla o życiu Maryi, kontempluje tajemnice różańcowe, zajmuje mózg czymś innym, uwalnia od swoich zmartwień.
Z natury jestem ciekawska – i to ogromnie. „Co mi szkodzi?” – pomyślałam więc, zacierając ręce do różańca jakbym przygotowywała się właśnie do jakiejś magicznej sztuczki.
Na pewno kiedyś wkuwałam tajemnice różańcowe, na pewno były mi potrzebne na lekcje religii, ale po wielu latach niewiele pamiętałam. W Internecie znalazłam ściągę i nawet wylosowałam sobie tajemnicę do refleksji. Padło na: Przemienienie Pańskie na górze Tabor. Ponieważ nic mi to nie mówiło i nie wiedziałam jak mam „rozważać” takie sprawy, zaczęłam czytać fragmenty Biblii, a także rozmaite refleksje, które dostępne były w sieci. Zdziwiona odkryłam nabożną część Internetu. Wciągnęło mnie. Rozłożyłam „Przemienienie” na części pierwsze. Jestem pewna, że nawet biskup nie powstydziłby się takiej wiedzy. Przez kilka miesięcy rozważałam tylko tę jedną tajemnicę. Cały czas, na okrągło. Miałam wrażenie, że przeżyłam to razem z apostołami: Piotrem, Jakubem i Janem, że widziałam wszystko na własne oczy. Gdy próbowałam sięgnąć po inne wydarzenie, coś wewnątrz mówiło mi, że na Górze Tabor jest jeszcze kilka rzeczy do odkrycia.
W końcu Przemienienie Pańskie na Górze Tabor stało się dla mnie symbolem mojego nawrócenia, bo po kilku miesiącach mniej lub bardziej regularnych modlitw, w którąś zupełnie zwykłą niedzielę zaproponowałam mężowi, abyśmy spróbowali wrócić do Kościoła, zaczynając od powrotu do tego przez małe „k”.
Wybraliśmy bazylikę Dominikanów ze względu na ciekawe kazania. Potem wspólnie gotowaliśmy obiad, wspólnie jedliśmy posiłek... i tak z każdą niedzielą, z każdym dniem po niedzieli pojawiało się między nami – zapracowanymi, zakochanymi w swoich pasjach, interesujących znajomych i zawodach, ale już nie w sobie – coraz więcej tego wspólnie.
Nie staliśmy się gorliwymi katolikami, nadal mieliśmy listę wkurzających nas rzeczy, nadal nie chodziliśmy do spowiedzi, a nasza ofiarność względem parafii uzależniona była od usłyszanego kazania. Mimo to, po każdej Mszy byliśmy bardziej pogodni i wewnętrznie ułożeni. Wychodziliśmy na prostą. Zrozumieliśmy, czym naprawdę jest małżeństwo i co znaczy ślubowanie wierności i uczciwości, zrozumieliśmy, że miłość przysięgana w dniu ślubu to nie ciągły romantyzm, dziki seks każdej nocy, miękkie kolana i motyle w brzuchu całą dobę – jednakowoż oczywiste, co i bolesne odkrycie. Mawiają jednak, że bez bólu nie ma dojrzewania.
To, co nadeszło teraz znajdowało się jednak poza skalą, poza dotychczasowymi doświadczeniami. Nie spodziewaliśmy się takiego uderzenia. Dwie kreski na teście były dla nas ogromnym sukcesem po ośmiu latach starań. Nawet w najgorszych koszmarach (a miałam ich przecież sporo) nie przewidziałam takiego scenariusza. Martwiłam się o zdrowie dziecka i o swoje, o poród i dobrą opiekę, o to jak damy sobie radę i o kwestie materialne, ale nawet do głowy mi nie przyszło obawiać się utraty dziecka.
Nie wiem, jak przechodzą podobne sytuacje inne małżeństwa, ale mnie przygniotła samotność. A w zasadzie dwie samotności mieszkające pod jednym dachem – zbyt skupione na własnym bólu, by brać na barki jeszcze cudze bolączki. Wiedziałam, że technicznie mogę na niego liczyć: przywiezie, odwiezie, załatwi... ale psychicznie i duchowo zostałam sama.
Nie, nie obwiniam go. Po prostu stwierdzam fakt. A faktem jest również to, że i ja jemu pozwoliłam na samotność. Odsunęłam się i nurzałam w rozpaczy, biorąc od niego pomocną dłoń w chwilach dla mnie wygodnych. Faktem jest także to, że nie tylko teraz tak było, zachowywałam się tak zawsze. Przeleciały mi przed oczami wszystkie nasze konflikty i dostrzegłam moją w nich rolę. 

-14-
Siadamy w domu przy stole. Opowiadam jak było i że Franuś nie spłynął do ścieków. Pokazuję pojemnik. Obydwoje wiemy, co należy zrobić. Patrzymy sobie długo w oczy, a potem odbywamy najbardziej szczerą rozmowę w naszym życiu. Tak szczerze nie rozmawialiśmy nigdy. Odkrywamy się warstwa po warstwie, do bólu. Dopiero teraz, po kilkunastu latach małżeństwa rozumiem, co może znaczyć stawanie się jednym. Niespodziewana strata obnażyła nas i zrobiła to w sposób dotychczas nieznany, bo – choć pokazała nam nasze słabe strony – nie czujemy się ani słabsi, ani pozbawieni godności, wręcz przeciwnie, rośniemy w swoim człowieczeństwie.
Ustalamy szczegóły Franusiowego pogrzebu, to znaczy, że będziemy we dwoje, będzie w tajemnicy i że pochowamy go na grobie pradziadków – bo tylko ten jeden nie został elegancko zamarmurowany. Ustalamy też, że nazajutrz będziemy uczestniczyć w porannej Mszy, a potem od razu pojedziemy na cmentarz. Przed nami długa droga.

-15-
Kościół. Poranna Msza. Szukam miejsca siedzącego, bo jestem jeszcze nieco osłabiona. Akurat są dwa, jakby dla nas, tuż przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Siadamy, ale nie patrzę na obraz. Targają mną dwie sprzeczne emocje: wdzięczność za Jego odczuwalną w każdej komórce ciała Obecność w tych najtrudniejszych dla mnie chwilach, a jednocześnie ogromny żal za to, co się stało. Nie mam żadnych wątpliwości, że dziecko zostało nam darowane, ale także żadnych co do tego, że nie zrobił nic, aby je uratować. Chcę wiedzieć dlaczego? Chcę wiedzieć, czym zawiniłam? I jak mam się pozbierać po tym wszystkim? Rozpoczyna się Msza, a ja nadal ze spuszczoną głową unikam boskiego spojrzenia. W końcu poddaję się i na równi rozdrażniona, co zrezygnowana, podnoszę głowę, patrzę Mu w oczy a moje od razu zachodzą łzami, cicho szepczę w sercu: „I co Ty mi teraz powiesz? Co Ty mi powiesz na to wszystko?”
Na ambonę wchodzi lektor, aby odczytać pierwsze czytanie i słyszę: Pan nakazał Abramowi wyjść z namiotu, a potem rzekł:Spójrz na niebo i policz gwiazdy, jeśli zdołasz to uczynić. Tak liczne będzie twoje potomstwo.” Rozklejam się. Nie potrafię opanować emocji. Płaczę, chowając twarz w duży szalik. Nawet nie słucham drugiego czytania, nie jestem w stanie. „Naprawdę obiecujesz mi to?” – pytam w sercu. Udaje mi się uspokoić tylko pod wpływem jednej myśli, że to zbieg okoliczności, że to nic nie znaczy. Bóg nie rozmawia tak po prostu z ludźmi. I wtedy słyszę Ewangelię...
... moją Ewangelię! Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich…
I wtedy już wiem, że Bóg rozmawia z ludźmi, że właśnie do mnie przemówił. Pokazał mi się na mojej Górze Tabor i obiecał potomstwo. Zawarliśmy przymierze.

-15-
Parkujemy przy cmentarzu, chowając jednak samochód za stojący nieopodal kontener.  Czujemy się jak złodzieje. Zabieramy ze sobą malutki szpadel, kupione w Castoramie kwiaty i nasze dziecko. Pada deszcz. Jest zimno.
Podchodzimy do grobu i nie wiemy, co robić dalej. Czy tak można? Czy to grzech? Czy się modlić w tym deszczu, czy jak najszybciej załatwić sprawę, żeby nie być przyłapanym? Biorę od Jarka, który stoi bezradnie ten balkonowy szpadel i zaczynam kopać. Od kilku tygodni nie było większego mrozu, więc ziemia nie jest zamarznięta. Działam trochę jak automat, bez namysłu. Przerywam w momencie, w którym dociera do mnie, że nie sadzę kwiatków na babuni, tylko kopię grób dla własnego dziecka. Rozrywa mnie płacz. Jarek stoi bezradnie i też ociera łzy. W końcu kompletnie przemoczeni zakopujemy w błotnistej ziemi naszego Franka.
Stojąc nad grobem, zaczynam rozumieć wszystko. Jest to wiedza, która oświetla mnie od wewnątrz. Słowami trudna do opisania. Po prostu nagle dostaję jasność w temacie mojej utraconej ciąży. Franek pojawił się we mnie nie po to, abym jego urodziła, ale bym urodziła w sobie Matkę. Najprawdziwszą dojrzałą matkę.
To ekstremalnie trudne poronienie, bolesne do granic wytrzymałości ukształtowało we mnie matczyną miłość. W tym momencie mogłabym przejść przez te same boleści, które mogłyby trwać wiele dłużej i bez kroplówek, bez znieczulenia, byleby mi tylko oddano moje dziecko. Wszystkie koszmary przeszłości, strach przed porodem, fobia przed igłami, egoizm, wygodnictwo – odeszło, umarło. Jest we mnie ogromna miłość, która czeka na małego odbiorcę. 
Nie modlę się o niebo dla niego. Wiem, że jest bezpieczny. Pojawił się w moim życiu od razu jako Anioł. Wracam do domu bez dziecka, ale jako matka. Czuję jak urosło mi serce. Mam większą samoświadomość. Widzę wyraźniej. Jest to stan nieopisywalny słowami, ale próbuję mimo wszystko opowiedzieć o tym wszystkim, co się we mnie dzieje, Jarkowi – kiepsko mi wychodzi. Patrzy na mnie jakbym straciła rozum. Tłumaczy mi, że nadal jestem w szoku. Delikatnie sugeruje rozchwianie emocjonalne, które powoduje we mnie takie „dziwne stany”. Nie chcę się z nim spierać, bo rozumiem, że on nie rozumie. Rozważam więc wszystko w sobie. A jest o czym myśleć.

-16-
Poniedziałek budzi mnie radosnym słońcem, które zagląda do sypialni. Otwieram oczy i patrzę przez okno na niebo – czyste, egzotycznie niebieskie, pomalowane słońcem. Mieszkanie rozkwita wiosną, radością i życiem. A przecież to jeszcze zima, luty.
Jest coś niebywałego w tym poranku, który napełnia mnie szczęściem – wstaję wesoła, pogodna i pełna sił witalnych. Patrzę świeżym spojrzeniem, tak jakby mi ktoś dał nowe oczy. Myślę o tym, co się we mnie dzieje i z zaskoczeniem stwierdzam, że mój tok rozumowania jest „inny” – patrzę i myślę inaczej! Czuję inaczej! Jakby mi ktoś serce wymienił. Zaczynam się o siebie martwić, że może faktycznie zwariowałam. Na wszelki wypadek nie mówię o niczym mężowi, żeby go nie martwić niepotrzebnie.
Na pobliskim bazarku sprzedają już wiosenne kwiaty. Kupuję prymule, hiacynty i żonkile. Mieszkanie rozkwita życiem. Czuję, że otwieram nowy rozdział, że teraz będzie pięknie, będzie ianczej, choć mam jeszcze w sobie jakiś zgrzyt, którego nie umiem ani zdefiniować, ani  zlokalizować. Coś mnie wewnętrznie uwiera. Wieczorem proszę Go, aby zupełnie mnie uwolnił od wszystkich staroci i emocjonalnych śmieci. Zasypiam snem głębokim i spokojnym, a rano otwieram Biblię i czytam:  Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Od razu się ubieram, piję kawę i jadę do spowiedzi. Chcę zrzucić z siebie wszystko.

-17-
            Dominikanie spowiadają przez cały dzień, a ludzie chwalą sobie ich podejście. Jest wtorek przed południem, nie spodziewam się tłumów. Czeka siedem osób. „Spoko” – myślę sobie – „pójdzie gładko”. Tymczasem Jemu wcale się nie spieszy. Mija ponad pół godziny, a pierwszy penitent, młody chłopak, nadal klęczy przy konfensjonale. „Zabił kogoś?” – zastanawiam się ja, a może i inni z kolejki również. Mija kolejnych kilkunaście minut, chłopak podnosi się z kolan. Pomimo poranka w bazylice jest ciemnawo, więc dopiero gdy przechodzi koło mnie, widzę, że jest wzruszony.
Dawno nie byłam u spowiedzi, mam tremę. Rachunek sumienia zrobiłam pospiesznie w drodze do kościoła. Biegnę myślami przez listę przewinień, aby sobie utrwalić, aby się nie zająknąć w trakcie. Wszystko jednak wskazuje na to, że czasu mam więcej niż się spodziewałam, bo kolejny grzesznik zaczął dyskusję z księdzem, nawet gestykuluje do drewnianej ścianki. Zaczynam więc wnikliwiej analizować swoje grzechy i zauważam, że są ciągle te same – niezmiennie od lat ta sama lista. Cholera! Dlaczego od zawsze nie ma poprawy? Trochę się irytuję w sobie na siebie. A może to, co uznaję za grzech jest nim tylko połowicznie, może grzechem jest coś innego, jakaś inna głębsza przyczyna? Biegnę raz jeszcze przez tę moją listę i zgłębiam punkt po punkcie, doszukuję się przyczyn. Zdziwiona układam ją na nowo. Brzmi poważniej, dojrzalej.
Facet nadal się spowiada – długo. Czyżby kolejny morderca? Przede mną jeszcze pięć osób. Zdaje się, że mam naprawdę mnóstwo czasu. Niecierpliwię się, ale też obiecuję sobie, że skoro już tu przyjechałam, to zamknę temat i się wyspowiadam, choćby to miało trwać do wieczora.  Rozmyślam o moich relacjach z ludźmi, głównie z Jarkiem, analizuję kilka ostatnich dni oraz wcześniejsze lata naszego małżeństwa i nagle widzę w sobie egoizm wielkości Księżyca. Zawsze wiedziałam, że brzmią we mnie jakieś narcystyczne nutki, że mam z lekka rozbujałe ego, ale takich rozmiarów się nie spodziewałam! A to siurpryza! Raz jeszcze analizuję listę grzechów pod kątem nowej prawdy o sobie i... zaczynam wątpić w uzyskanie rozgrzeszenia.
Czasu dużo, ciągle dużo, coraz gorzej myślę o spowiedniku, coraz bardziej się niecierpliwię i zauważam, że cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Zaczynam się zastanawiać jak to wpływa na moje życie i czy poprzez tę właśnie niecierpliwość, nie wyrządziłam sobie lub komuś jakiejś krzywdy. Owszem – wyrządziłam. Kolejne punkty do listy. Biegnę po niej raz jeszcze myślami i aktualizuję pod kątem piekielnej niecierpliwości. Cholera. Niedobrze.
No, nareszcie! Wstał. Teraz kobieta. „Może nikogo nie zabiła” – śmieję się w duchu. Przyglądam się jej: malutka, szczuplutka, bladziutka, spódniczka do kostek, zero makijażu, dobrotliwy uśmieszek, główka przechylona jak u aniołka w szopce bożonarodzeniowej. „Jak nic oazowiczka! Teraz to na pewno zejdzie do wieczora” – myślę szyderczo. I łapię się na tym, że wredna jestem, że tak źle o ludziach myślę bez żadnego powodu, że jest we mnie ogrom złośliwości. Nie mogę pojąć, skąd się wzięły we mnie niewyczerpane pokłady pogardy wobec innych ludzi? Wydawało mi się, że jestem miłą i kulturalną osobą. Znowu analizuję listę, uzupełniam, przetwarzam i powtarzam trzy razy, żeby nie zapomnieć, żeby się nie zająknąć, ale wszystko zaczyna mi się mieszać. Wkurzam się na siebie, na mój durny perfekcjonizm. Przecież to nie uroczysta gala, nie jakiś apel w szkole, podczas którego oczekuje się nienagannej recytacji. Nie chodzi o to, by być wzorowym, ale prawdziwym.
Znowu myślę o sobie w kontekście perfekcjonizmu i zakładanych na różne okazje masek. Czy to źle? Może nie? Jakie mam intencje, jakie cele, że się tak ciągle duchowo pudruję? Stoję w kolejce, jest coraz zimniej, przebieram nerwowo nogami, niecierpliwość pikuje jak ciśnienie 200 na 150, a ja, mimo wszelkich niedogodności, uparcie zmywam ten makijaż z wnętrza, rozmazuję tusz na oczach duszy i nagle... widzę prawdziwą siebie.
Zaczynam płakać.